poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Spotkanie Klubu Rowerowego w Pobiedziskach...

W dniu wczorajszym odbyło się drugie oficjalne spotkanie nowo powstałego Klubu Rowerowego. Po sobotnim, intensywnym dniu nie zamierzałem się nigdzie wybierać. Wpływ na taką decyzję miał również mój brak roweru. Ten którym dojeżdżam tu i ówdzie nie nadaje się na dalsze eskapady. Sytuacja uległa jednak zmianie o godzinie ósmej z minutami, gdy kolega poinformował mnie, iż użyczy roweru. Wsiadłem zatem na mój pojazd zastępczy i pojechałem ku nowej przygodzie.
...
Dzień zapowiadał się bardzo przyjemny. Wraz z Piotrem pojawiliśmy się na Rynku dziesięć minut przed umówioną godziną dziesiątą. Nikogo nie było. Na szczęście już po minucie nadjechał Bartosz, a chwilę po nim Jacek. Niestety nikt więcej się nie pojawił. I w tym właśnie momencie rodzi się moje pierwsze pytanie. Dlaczego Pobiedziska nie chcą jeździć wspólnie na rowerach? Dwa tygodnie temu, podczas spotkania morsów, padły zdania, że sobota nie jest dobrym dniem, bo wiele osób jeszcze pracuje, ma inne zajęcia. Niedziela jest OK i wtedy grono chętnych znacznie się powiększy. Niedziela była wczoraj. I co? Cztery osoby...

Nie zrażeni niską frekwencją wybraliśmy się w drogę. Pewna koleżanka chciała do nas jeszcze dołączyć w Wagowie. Pojechaliśmy tam zatem, jednak nikt nas nie oczekiwał. Ruszyliśmy dalej przez lasy i tego typu sielskie tereny, aż dojechaliśmy do jeziora Baba, gdzie zrobiliśmy sobie przystanek i jakieś zdjęcie pamiątkowe. Dalej znów były lasy, pola, łąki i wioski. Po raz pierwszy od dawien dawna spotkałem gęsi, perlice i kozę. Konie były już dla mnie mniejszą atrakcją, choć kuc wyglądał sympatycznie. Do tego spora gromada wiejskich burków, które na spacer wyprowadzają się we własnym zakresie. Wsi spokojna...
 ... ... ...
Na jednym z rozstajów spotkaliśmy sympatyczną panią, którą spytaliśmy o drogę. Z nawigacyjnego punktu widzenia nie było to wcale konieczne. No ale... Zawsze lepiej spytać, prawda? Tym bardziej sympatyczną panią. Gdzieś w okolicy wsi Graby ujrzeliśmy kolejny interesujący obiekt. Był nim stary cmentarz ewangelicko-augsburski. Daty na grobach wskazywały, że osoby tam pochowane zmarły mniej więcej sto lat przed moimi narodzinami, czyli w XIX wieku. Jedna pani urodzona była jeszcze w osiemnastym, niesamowite.

Wreszcie dotarliśmy do Czerniejewa, gdzie rzuciliśmy okiem na pałac, zrobiliśmy rundę po jego ogrodach i oczywiście zapozowaliśmy dumnie do kolejnej fotografii. 

Następnym przystankiem była knajpa w połowie drogi między pałacem a kościołem. Piotr z Jackiem postanowili posilić się zupą, a my z Bartoszem pozostaliśmy na zewnątrz wcinając kanapki i dzieląc się spostrzeżeniami na temat wsi. Próbę odjazdu z tego miejsca uniemożliwiła nam przebita opona w rowerze Piotra. Na szczęście miał zapasową dętkę, która na nieszczęście również okazała się uszkodzona. Do tego doszedł bunt pompki i związane z nim dwa wyjazdy Jacka w poszukiwaniu kompresora. W między czasie oczywiście szukanie dziury za pomocą wody w pobliskim stawie, klejenie i tym podobne zajęcia.

... ... ...... ... ...
W końcu jednak ruszyliśmy w drogę powrotną, która przebiegała nieco inną trasą. Wtedy po jakimś czasie pojawił się kolejny problem. Jazda pod wiatr i braki w kondycji zaczęły dawać mnie się we znaki. W efekcie, od mniej więcej połowy drogi Jacek z Bartoszem pojechali przodem, a Piotr dotrzymywał mnie towarzystwa narażając się tym samym na żółwie tempo. Pomimo tego i kilku przystanków, udało nam się szczęśliwie dotrzeć do Pobiedzisk, skąd swoim już rowerem wróciłem do dom. 

Z bukfejsa Fundacji Scena Pobiedziska dowiedziałem się później, że najwięcej kilometrów (60) przejechał Bartosz. Dalej był Jacek, który miał po prostu bliżej do domu (54 km). Następnie ja (nie wiem dokładnie) i Piotr (48 km). Dużo to, czy mało? Jak na moje dwudziestoletnie doświadczenie w paleniu fajek i ignorancji wobec sportu oraz nadmiernego wysiłku, to całkiem przyzwoity wynik. Do rekordu z Night Biking zabrakło jednak sporo, lecz nie o to chodziło.

W tym momencie rodzi się w mej głowie kolejne pytanie. Jaką formułę powinny mieć tego typu klubowe spotkania. Czy mają stanowić totalnie luzacką jazdę rekreacyjną, która niektórym może wydawać się nudna? A może bardziej ambitną, wyczynową, którą dla odmiany nie każdy wytrzyma? Ja osobiście obstaję przy rekreacji, na krótszych niż niedzielny dystansach. Do wypadów nastawionych na sport i podnoszenie poprzeczki zwyczajnie się nie nadaję i nie będę w takowych uczestniczył. Tak czy inaczej, warto się nad tym zastanowić.

Na zakończenie muszę przyznać, że ogromne wrażenie zrobił na mnie kolega Bartosz, który na swym zabytkowym sprzęcie i cienkimi oponami mknął leśnym duktem niemal jak zawodowiec. Albo szaleniec, he...

texte par Raphaël, 
photo: PG - Fundacja Scena Pobiedziska et Raphaël

1 komentarz:

  1. Podsumowując, na końcu zaczęło mnie siadać kontuzjowane kolano i niedawno złamana ręka oraz plecy, czyli w zasadzie pół człowieka. O kondycji wspominałem w tekście. Na drugi dzień rano nic mnie jednak nie było, a jedyne co poczułem, to tyłek, gdy wsiadłem na rower. Będę żył :P

    OdpowiedzUsuń