czwartek, 31 października 2013

VW Jetta...

Myślałem kiedyś o kupnie samochodu, który byłby większy od Malucha lecz niezbyt drogi w utrzymaniu. Wykluczyłem tym samym paliwożerne auta rodzimej produkcji typu Polonez, czy Fiat 125p. Liczyła się również cena zakupu, zatem wybór padł na...
Zacznę od początku.
Przyjechał do mnie kolega i mówi, że jest ciekawe auto na sprzedaż. Stoi ono w komisie X od długiego czasu i jest na zbyciu. Jego właściciel z jednej strony chce się go pozbyć, a z drugiej słabo się stara. Zdziwiło mnie to przede wszystkim dlatego, że był to komis z samochodami dostawczymi. Takiego pojazdu do niczego przeca nie potrzebowałem. Okazało się jednak, że na placu znajduje się rodzynek.

Była to Jetta z 1982 roku, która należała do jednego z pracowników. Miał on już inny samochód, dlatego wstawił Volkswagena do komisu. Zainteresowanie było jednak żadne, ponieważ inna była specjalizacja firmy, a do tego auto nie było w żaden sposób opisane. Stało obok biura i swoim leciwym wyglądem, ni brudnym, bordowym lakierem nie przykuwało niczyjej uwagi.

Po wielu miesiącach szef komisu kazał usunąć pojazd, gdyż zabierał cenne miejsce. Wtedy dopiero zaczęły się rozmowy ze znajomymi o chęci sprzedaży i informacja dotarła do mnie. Postanowiłem przyjrzeć się temu autu i wraz z kolegom udałem się w owe miejsce X.

Było to zimą i Jetty niemal nie było widać spod grubej czapy śniegu. Szef firmy tylko się śmiał, twierdząc że samochód trzeba będzie raczej wywieźć lawetą na złom. Pod maską VW miał stary silnik diesla o pojemności 1600 cm3 (54 KM) i nie był odpalany od pół roku. Przy tego typu leciwej konstrukcji szanse były niewielkie. Mimo to odśnieżyłem Jettę, podłączyliśmy zastępcze zasilanie, wsiadłem, dwu lub trzykrotnie nagrzałem świece żarowe, uruchomiłem rozrusznik i... Z "komina" buchnął kłąb czarnego dymu, a my usłyszeliśmy klasyczny klekot ropniaka. Szok.

Silnik chodził kilka minut, rozgrzał się i ucichł, alternator podładował akumulator, nagrzewnica ociepliła wnętrze i ruszyłem na jazdę próbną. Wbrew pewnym obawom wypadła ona bez zarzutu. Właściciel VW zapewniał, że samochód jest w pełni sprawny i wszystko wskazywało na to, że mówił prawdę. Mimo wszystko miałem jeszcze pewne wątpliwości, dlatego poprosiłem innego znajomego o opinię. Człowiek ten był mechanikiem i taksówkarzem. Przyjechał, obejrzał, posłuchał, odbył krótką przejażdżkę i stwierdził, że nie mam kupować.

Dlaczego? Bo nie. Ale... Nie i już.
W końcu, ze swym typowym uśmieszkiem stwierdził, że nie mam kupować, gdyż on to zrobi i będzie miał fajną taksówkę. Samochód do tego celu się nie nadawał, gdyż była to wersja dwudrzwiowa, jednak usłyszałem najlepszą rekomendację. Zdecydowałem się na transakcję, jednak nie doszła ona do skutku. Przyczyną była niewielka rozbieżność numerów nadwozia z tymi wpisanymi w dowód rejestracyjny. Cholera! Jedna cyfra i kłopot gotowy (po raz kolejny przekonałem się o swej niechęci do matematyki, gdy za jedną cyfrę można było dostać pałę).

Pomimo, że było to możliwe, nie chciało mnie się zbytnio i nie miałem czasu, by bawić w szukanie rozwiązania i wyjaśnianie nieporozumienia. W taki właśnie sposób skończyła się moja krótka przygoda z VW Jettą...

... ...
texte par Raphaël, photo: wiki

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz