niedziela, 8 kwietnia 2012

Strzelanie...

Jedną z rzeczy, jakie lubię a w niektórych przypadkach jest to zaliczane do sportu jest strzelanie (strzelectwo to już zbyt szumne słowo). Kilka razy miałem okazję na taką rozrywkę i przyznam nieskromnie, że dobrze mnie to szło. Dawno temu ojciec mój posiadał wiatrówkę i niekiedy mogłem z niej korzystać podczas pobytu na działce. Później uległa ona chyba jakiemuś uszkodzeniu, lecz pewności nie mam. Swego czasu podobny, choć nowszy sprzęt nabył mój przyjaciel. Przywiózł to cudo z Czech. Zabawa z wiatrówką to naprawdę super sprawa. Oczywiście wymaga to myślenia, bo jakby nie było jest ona rodzajem broni. Potępiam strzelanie do drzew a o istotach żywych i  ruchliwych nawet nie wspomnę! 




Tarcza jest do tego celu odpowiednim celem, ewentualnie puszka z wodą (fajny efekt – cieszy dużych chłopców). Razu pewnego wraz ze wspomnianym przyjacielem i resztą naszej paczki urządziliśmy sobie zawody strzeleckie. Odbyły się one u kolegi na ogródku działkowym, typu POD. Wbite pionowo pręty zbrojeniowe połączone były taśmą biało-czerwoną, dzięki czemu wyznaczone było stanowisko. Właściwie stanowiska: początkowe, tor lotu i końcowe z tarczą. Była to strefa zakazana, wstęp wzbroniony podczas strzelania. Podzieliliśmy się na dwie kategorie (żeńską i męską) i rozegraliśmy pojedynek między sobą. Szczegółów nie pamiętam, jednak wiem na pewno, że zająłem drugie miejsce w swej kategorii. Imprezie tej towarzyszyło oczywiście jedzenie, picie i dyskusje do bardzo, bardzo późna (może nawet było już wcześnie). Fajna zabawa, jeno myśleć trzeba...
Zachowało mnie się niestety tylko jedno foto, które potwierdza, iż miałem w rękach broń:



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz